RZUTZA3.PL PLKPRZEGLAD-ARSENALU-ANWIL-WLOCLAWEK

Przegląd Arsenału: Anwil Włocławek

21 godzin temu
fot. Agnieszka Kornacka/RzutZa3

XYZ

Wszystko, co mogło nie wyjść nie wyszło

Poprzedni sezon we Włocławku miał wyglądać inaczej. Mocne nazwiska m.in Michał Michalak, świeżo upieczony Mistrz Polski z Legią Warszawa Mate Vucić czy wieloletni reprezentant Polski AJ Slaughter. Nazwisk, które już przed startem sezonu mogły rozbudzać wyobraźnie kibiców, zdecydowanie nie brakowało. Swoją szansę jako pierwszy trener dostał natomiast Grzegorz Kożan, który od wielu lat był asystentem różnych trenerów we Włocławku. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna - brak Pucharu Polski, szybkie pożegnanie z Europą i ostatecznie koniec sezonu już na etapie play-in.

Anwil potrafił rozegrać bardzo dobre spotkanie, żeby za chwilę kompletnie rozczarować. Brakowało przede wszystkim regularności, a poprawy nie przyniosła nawet zmiana trenera. W grudniu trenera Kożana zastąpił doświadczony Ronen Ginzburg, ale również Izraelczyk nie znalazł sposobu, żeby na dłużej odmienić ten zespół. Końcówka sezonu zasadniczego dała jeszcze trochę nadziei. Anwil wygrał sześć z siedmiu ostatnich spotkań i do fazy play-in przystępował z siódmego miejsca. Najpierw jednak wyraźnie przegrał z Zastalem 71-86, a dwa dni później nie wykorzystał 14 punktów przewagi przeciwko MKS-owi Dąbrowa Górnicza. Porażka 84-87 oznaczała jedno we Włocławku zabrakło play-offów.

Kilka tygodni temu miałem okazję porozmawiać o tym sezonie z prezydentem Włocławka Krzysztofem Kukuckim. Jedno zdanie z naszej rozmowy chyba najlepiej podsumowuje to, co przez te kilka miesięcy działo się w Anwilu:

„Wszystko, co mogło nie wyjść w ostatnim sezonie, nie wyszło”.

I naprawdę ciężko ująć to lepiej. Anwil zawiódł w Europie, nie dostał się do Pucharu Polski, a na koniec nie wykorzystał dwóch szans na awans do play-offów przed własną publicznością. Można dyskutować, co dokładnie było największym problemem tego zespołu, ale efekt końcowy pozostaje ten sam. Był to jeden z najbardziej rozczarowujących sezonów Anwilu ostatnich lat. Tym razem taki wynik nie pozostał bez większych konsekwencji. Z klubem pożegnał się Ronen Ginzburg, a stanowisko prezesa stracił Łukasz Pszczółkowski. We Włocławku stało się jasne, że przed kolejnym sezonem nie wystarczy wymienić kilku zawodników. Zmiany musiały sięgnąć trochę głębiej.

Nowe rozdanie nie tylko na parkiecie

Zmiany po nieudanym sezonie rozpoczęły się od samej góry. Decyzją Rady Nadzorczej ze stanowiska prezesa odwołany został Łukasz Pszczółkowski, który kierował klubem od czerwca 2022 roku. Jego następcą został Hubert Hejman i zdecydowanie we Włocławku nie jest to postać anonimowa. Hubert Hejman z włocławską koszykówką związany jest bowiem od 2006 roku. Najpierw pracował jako kierownik zespołu, a później przez 17 lat pełnił funkcję dyrektora klubu. Można więc powiedzieć, że zanim dostał klucze do całego klubu, przez lata poznawał go praktycznie od każdej strony.

Na pierwsze poważne decyzje nowego prezesa długo czekać nie trzeba było. Zaledwie 10 dni po objęciu stanowiska Hejman stworzył w klubie funkcję, której od lat we Włocławku brakowało - dyrektora sportowego. Został nim 61-letni Belg Leo De Rycke. I tutaj Anwil zdecydowanie nie postawił na człowieka, który dopiero będzie uczył się tego fachu. De Rycke przez dziewięć lat był dyrektorem sportowym Antwerp Giants, a później pracował w tej samej roli w niemieckim Brose Bamberg, francuskim Elan Chalon oraz włoskim Brindisi.

Na tym zmiany wewnątrz klubu się nie skończyły. Pod koniec czerwca do Włocławka wrócił Michał Fałkowski, który w grudniu 2025 roku po wielu latach pożegnał się z Anwilem, a kilka miesięcy później został dyrektorem komunikacji Legii Warszawa. Jego rozłąka z Włocławkiem nie trwała jednak długo. Już przy nowym prezesie wrócił do Anwilu i objął stanowisko dyrektora klubu, czyli funkcję, którą wcześniej przez lata pełnił właśnie Hubter Hejman. Po fatalnym poprzednim sezonie we Włocławku nie zdecydowano się więc tylko na wymianę kilku nazwisk w składzie.

W końcu trochę ognia przy ławce

Jedną z najważniejszych decyzji nowego duetu Hejman - De Rycke był oczywiście wybór trenera. Po Ronenie Ginzburgu postawiono na Vedrana Bosnicia i już na pierwszy rzut oka widać, że pod względem charakteru jest to zupełnie inny szkoleniowiec. Bośniak doświadczenia ma naprawdę sporo. Jako trener czterokrotnie zdobywał mistrzostwo Szwecji z Södertälje Kings, prowadził reprezentacje Szwecji oraz Bośni i Hercegowiny, a później pracował również w Szwajcarii, Belgii i na Węgrzech. Ostatni sezon spędził w Szolnoki Olajbányász, z którym zdobył Puchar Węgier i dotarł do finału ligi. Co ciekawe, polska koszykówka również nie jest mu obca. Jeszcze jako zawodnik występował w Toruniu i Bydgoszczy.

Natomiast zostawmy na chwilę CV, bo mnie w Bosniciu najbardziej zainteresowało coś zupełnie innego. Miałem okazję obserwować go z bliska podczas Kasztelan Basketball Cup i różnicę względem poprzedniego sezonu widać właściwie od razu. Bosnić praktycznie przez cały mecz żyje tym, co dzieje się na parkiecie. Cały czas podpowiada swoim zawodnikom, reaguje na kolejne akcje, rozmawia z nimi i stara się być blisko drużyny. Nawet podczas przedsezonowego turnieju było widać, jak mocno jest zaangażowany w każde spotkanie.

Po Ronenie Ginzburgu jest to naprawdę spora zmiana. Izraelczyk sprawiał wrażenie zdecydowanie bardziej stonowanego i zdystansowanego. Bosnić jest jego przeciwieństwem. Charyzmatyczny, charakterny i bardzo emocjonalny. Zresztą moje obserwacje z Kasztelan Basketball Cup pokrywają się z tym, co o Bosniciu mówił mi niedawno Szymon Wójcik. Polak pracował z nim już w poprzednim sezonie w Szolnoki, więc zna jego metody zdecydowanie lepiej niż ja po kilku sparingach.

„Teraz widzę, jak wszystko jest budowane od podstaw i jak dużą uwagę trener zwraca na detale - zachowania w ataku i obronie, odpowiednie ustawienie czy cele, które mamy wyznaczone na dany trening lub mecz. Jest przy tym osobą niezwykle empatyczną i skoncentrowaną na zadaniu, wie czego chce i potrafi zmotywować nas do ciężkiej pracy, koncentracji na wygrywaniu”.

Polska rotacja na pół

W porównaniu z poprzednim sezonem polska część składu Anwilu mocno się zmieniła. We Włocławku zostali jedynie Bartosz Łazarski i Dawid Słupiński, a dołączyli Szymon Wójcik, Mateusz Szlachetka, Adam Brenk oraz Wiktor Szcześko. Patrząc na tę szóstkę mam trochę mieszane odczucia. Z jednej strony są tutaj Polacy, którzy powinni odgrywać ważną rolę, z drugiej sporo zawodników zadaniowych oraz młodzieży.

Największe oczekiwania mam wobec Szymona Wójcika. 26-latek zna już Vedrana Bosnicia ze wspólnej pracy w Szolnoki i teraz ponownie będzie grał pod jego wodzą. Sam Wójcik bardzo dobrze wypowiada się o współpracy z Bośniakiem i wygląda na mocno zmotywowanego rolą, jaką może dostać we Włocławku. Wszystko wskazuje na to, że może być jednym z ważniejszych zawodników tego Anwilu, nie tylko wśród Polaków. Solidnym elementem tej rotacji powinien być również Mateusz Szlachetka. To zawodnik dobrze znający PLK, który od kilku lat regularnie gra na tym poziomie. Gwiazdą zespołu raczej nie będzie, ale powinien dawać Anwilowi pewną jakość i regularne minuty na obwodzie. Do tego dochodzi Dawid Słupiński, czyli kolejny doświadczony ligowiec. 33-latek zostaje we Włocławku na kolejny sezon i ponownie powinien być ważną częścią rotacji pod koszem.

Dalej mamy już bardziej zadaniowego Adama Brenka oraz dwóch młodych zawodników. Brenk powinien przydać się przede wszystkim w obronie, natomiast Łazarski i Szcześko to melodia przyszłości. Szczególnie ciekawy jestem 19-letniego Bartosza Łazarskiego, który po niewielkiej roli w poprzednim sezonie dostaje teraz swoje szanse w sparingach. Czy podobnie będzie w lidze? Zobaczymy. Ostatecznie polska rotacja Anwilu wygląda więc trochę pół na pół. Wójcik może być ważną postacią całego zespołu, a Szlachetka i Słupiński dają już pewne ligowe doświadczenie. Dalej mamy Brenka oraz dwóch młodych zawodników, których role będą zdecydowanie inne. Nie jest źle, ale trudno też powiedzieć, żeby to właśnie Polacy mieli być największą siłą nowego Anwilu.

Potencjału tutaj zdecydowanie nie brakuje

O ile przy polskiej rotacji Anwilu mam trochę mieszane odczucia, tak zagraniczna część składu wygląda już zdecydowanie ciekawiej. Manu Lecomte, Sam Hines Jr, Josiah Strong, Jack Forrest, Hans Vanwijn i Lennard Freeman - nazwisk jest sporo i kilka z nich naprawdę rozbudza wyobraźnię. Oczywiście kilka rzeczy będzie musiał zweryfikować sezon, ale na papierze Leo De Rycke razem z Vedranem Bosniciem zbudowali naprawdę interesującą grupę.

Manu Lecomte polskim kibicom specjalnie przedstawiać nie trzeba. Belg jeszcze dwa sezony temu był jedną z najważniejszych postaci Startu Lublin, z którym dotarł aż do finału PLK. Po roku spędzonym w Rumunii wraca do naszej ligi i akurat przy nim wielkiego zgadywania nie ma. Lecomte pokazał już w Polsce, że potrafi prowadzić mocny zespół i we Włocławku powinien być jednym z liderów nowego Anwilu. PLK zna również Sam Hines Jr, który w poprzednim sezonie trafił do Czarnych Słupsk i w 12 spotkaniach notował 12,7 punktu oraz 7,2 zbiórki. Amerykanin bardzo dobrze wygląda również w okresie przygotowawczym i momentami naprawdę można zacząć zastanawiać się, czy nie wyrośnie na jedną z gwiazd tego zespołu. Na razie jednak trochę hamowałbym oczekiwania. To wciąż tylko sparingi, a prawdziwa weryfikacja przyjdzie wraz z początkiem sezonu.

Na obwodzie pojawili się również Josiah Strong i Jack Forrest. Pierwszy może grać z piłką i odciążyć Lecomte'a w prowadzeniu gry, drugi ma być przede wszystkim strzelcem. Forrest poprzedni sezon zakończył mistrzostwem Finlandii, zdobywając po drodze średnio 16,2 punktu. Jeśli podobną skuteczność rzutową przywiezie ze sobą do Włocławka, Anwil będzie miał z niego sporo pożytku. Największym znakiem zapytania jest dla mnie Hans Vanwijn. Belg ma za sobą grę we Francji, Hiszpanii, Turcji czy reprezentacji swojego kraju, ale wraca po zerwaniu ścięgna Achillesa. Z tego powodu w jego kontrakcie znalazł się sześciotygodniowy try-out. Jeśli zdrowie pozwoli mu wrócić do dawnej dyspozycji, może być bardzo ciekawym elementem tego zespołu.

Zagraniczną rotację zamyka Lennard Freeman. Amerykanin ma dać Anwilowi przede wszystkim fizyczność, zbiórkę i solidną grę blisko obręczy. Nie wygląda na zawodnika, dla którego trzeba będzie rozpisywać kilkanaście akcji w meczu, ale też nie po to został sprowadzony. Przy tylu graczach potrafiących zdobywać punkty jego rola może być znacznie prostsza. Patrząc na całość, zagraniczna rotacja Anwilu zdecydowanie bardziej do mnie przemawia niż polska. Lecomte już pokazał swoją wartość w PLK, Hines może być jednym z ciekawszych zawodników tego zespołu, a Strong, Forrest i Freeman dają Bosniciowi różne możliwości. Największą niewiadomą pozostaje zdrowie Vanwijna. Czy wszystko wypali? Oczywiście nie wiadomo, ale potencjału w tym zestawie zdecydowanie nie brakuje.

Czas odbudować zaufanie

Nowy Anwil będzie ciekawy nie tylko ze względu na to, co zmieniło się na parkiecie, ale również w klubowych gabinetach. Nowy prezes, pierwszy w historii klubu dyrektor sportowy, powrót Michała Fałkowskiego i wreszcie Vedran Bosnić na ławce trenerskiej. We Włocławku po fatalnym poprzednim sezonie zdecydowano się na naprawdę duże zmiany i teraz przyjdzie czas sprawdzić, jakie przyniosą efekty.

Sam skład również daje powody do optymizmu. Polska rotacja wygląda trochę pół na pół, ale Szymon Wójcik może odgrywać naprawdę ważną rolę, a Mateusz Szlachetka powinien dać solidny ligowy poziom. Znacznie ciekawiej wygląda zestaw obcokrajowców. Lecomte zna już PLK i osiągnął tutaj sukces, Hines bardzo dobrze prezentuje się w sparingach, a pozostali dają Bosniciowi sporo różnych możliwości. Oczywiście dopiero sezon pokaże, ile z tego rzeczywiście zadziała.

A czego oczekuję po Anwilu? Przede wszystkim powrotu do ligowej czołówki i play-offów. Po takim poprzednim sezonie samo znalezienie się w ósemce trudno będzie jednak uznać we Włocławku za sukces. Ten klub ma większe ambicje, ale na ten moment ciężko powiedzieć, gdzie właściwie znajduje się sufit tej drużyny. Nowych twarzy i znaków zapytania jest po prostu zbyt dużo. Jedno jest pewne kolejnego sezonu takiego jak poprzedni we Włocławku nikt nie chce już oglądać. Od kilku lat Anwil trochę przypomina Syzyfa co sezon z dużymi ambicjami wtacza swój kamień pod górę, żeby ostatecznie patrzeć, jak ten znowu spada. Może tym razem uda się wreszcie dopchnąć go na sam szczyt.